Główna Travel

Jak to naprawdę jest w tym mieście aniołów? Los Angeles bez ogródek

Cześć!

Dużo słyszeliśmy i czytaliśmy o Los Angeles zanim sami się tam znaleźliśmy. Były to opinie bardzo różne, bo pojawiały się głosy o wielkim przereklamowaniu tego miasta, ale były też informacje, że miasto aniołów to miejsce, w którym poczuje się prawdziwy klimat Stanów Zjednoczonych Ameryki. Ogólnie, główne przesłanie było takie, że LA albo pokochasz albo znienawidzisz. A do której grupy my się zaliczamy? Mamy nadzieję, że w tym poście uda nam się wyjaśnić nasze spostrzeżenia dotyczące Los Angeles i czy nasze oczekiwania zostały spełnione czy też zawiedliśmy się podczas naszej pierwszej wyprawy do USA.

Nasz pobyt w LA trwał 9 dni, z czego podzieliliśmy go na dwie części. Jedna od razu po przy locie, a druga na sam koniec tripa. Padło na dwie lokalizacje, które według nas pozwoliły na zaplanowanie zwiedzania miasta z dwóch różnych perspektyw.

Na pierwsze 4 dni wybraliśmy okolicę Venice Beach. Sami wiecie, chcieliśmy się trochę zaaklimatyzować w innej strefie czasowej oraz nabrać sił na dalszą część wyjazdu. Dla krótkiego wyjaśnienia, Venice Beach to dzielnica LA położona nad brzegiem oceanu. Jest jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc tego miasta. Myślimy, że duża część osób widząc zdjęcia z Venice będzie wiedziała dlaczego.

Pomimo tego, że jest to miejsce licznie odwiedzane przez turystów to ma swoją czarną stronę (zresztą jak całe LA, ale o tym później). Mianowicie, są to osoby bezdomne. Czytaliśmy o tym, byliśmy na to przygotowani, jednak skala tego zjawiska widziana na żywo przerasta wszelkie wyobrażenia. Ogólnie jest to jeden z największych problemów, z którym ewidentnie miasto sobie nie radzi. Oczywiście nie jest też tak, że nie można czerpać uroków z plaż, słynnego skateparku czy boisk do koszykówki na Venice Beach. Trochę inną atrakcją tej części miasta są kanały i domy przy nich położone. Może nie zajmują dużej powierzchni, widać, że są zadbane i stylowe. Niby jest się ograniczonym przez wodę, nie ma dobrych ulic, ale dzięki kładkom łączącym przeciwne brzegi wygląda to bardzo efektownie i nadaje temu miejscu specyficznego i unikatowego charakteru.

Nieco dalej od plaży zlokalizowana jest ulica Abbot Kiney Boulevard. A właściwie jej część, w której znajdują się bardzo stylowe butiki, sklepy, kawiarnie i restauracje. W tej części ma się wrażenie, że jest się w zupełnie innym mieście, bo problemu bezdomnych, jak za dotknięciem zaczarowanej różdżki, zupełnie tam nie widać. I to właśnie ta różnorodność i kontrast oddaje charakter Los Angeles w największej mierze.

I choć czasami na Venice czuliśmy się niekomfortowo, to nie było to spowodowane jakimś bezpośrednim zagrożeniem, dlatego zdecydowanie będziemy polecać to miejsce do zobaczenia na własne oczy. Wtedy sami będziecie mogli ocenić czy jest to dla was do zaakceptowania. Jeżeli chodzi zaś o plusy to nie można nie napisać o ścieżce rowerowej, którą prowadzi, aż do Santa Monica, a która biegnie wzdłuż plaży i rzędu palm, co robi niesamowity klimat. Podobnie jak promenada, którą można spacerować mijając liczne knajpy i sklepy typowe dla nadmorskich miejscowości (koszulki, czapki, magnesy). Jest w tym trochę kiczu, ale przynajmniej nie spotkaliśmy się z chamskim nagabywaniem do zakupów. Spacer z Venice, aż do Santa Monica jest jedną z rzeczy, którą najczęściej wspominamy i żałujemy, że nie mogliśmy częściej tego robić.

IMG_4834

Santa Monica i molo, na którym znajduje się park rozrywki również robi wrażenie. Szczególnie kiedy podczas zachodu słońca spogląda się na to z wysokości małego tarasu widokowego. Można tam tak stać i wpatrywać się w chowające się za horyzontem słońce i tylko żałować, że nie trwa to nieco dłużej. Ten widok na pewno zapamiętamy na długo, bo co jak co, ale nigdy wcześniej nie widzieliśmy, aby kolory nieba tak się zmieniały i żadne zdjęcie nie jest w stanie tego odzwierciedlić. Jednak to prawda, że w tym regionie to zjawisko jest najpiękniejsze. A wracając do parku rozrywki to kto by pomyślał, że na molo można zmieścić tyle atrakcji. Szczególnie po zmroku wszystkie te neony i światła dają kapitalny efekt.

Wracając do LA zatrzymaliśmy się jeszcze na jedną noc w Hermosa Beach, które może nie należy do LA, ale my wliczamy je do tej części naszego wyjazdu. Jest to małe miasto położone na południe od Los Angeles. Nie spędziliśmy tam za dużo czasu, dlatego ciężko napisać o nim coś więcej. Ewidentnie widać było jednak, że jest to dość imprezowa lokalizacja. Wszędzie knajpy, puby, w których do późna grała muzyka.

Kolejne noce to już motel w West Hollywood, tak aby na celownik obrać zwiedzanie Beverly Hills, Hollywood i Downtown. Okolica naszego lokum to hipsterskie knajpy i siłownie pomieszane z żydowską kulturą (szkoły, restauracje, sklepy). Dawało to bardzo fajny klimat różnorodności, o której tak często w kontekście LA wspominamy. Ponadto bardzo blisko mieliśmy do Melerose Avenue, czyli ulicy z vintege sklepami i słynnymi muralami (w tym różowa ściana znana z Instagrama). I co zauważyliśmy, typowym obrazkiem kalifornijskiego poranka w środku miasta była pani z kawą na wynos i pieskiem na smyczy.

Jednym z głównych punktów drugiej części naszej wizyty w Los Angeles był mecz NBA, na który czekaliśmy od bardzo dawna i który był spełnieniem marzeń z dzieciństwa. I już na chłodno musimy powiedzieć, że nie zawiedliśmy się. Może hala nie była wypełniona po brzegi i może nie siedzieliśmy przy samym parkiecie, ale łzy kręciły się w oczach. Sam mecz to nie jest tylko wydarzenie sportowe. Ta cała otoczka z nim związana. To prawdziwe amerykańskie show. Konkursy, pokazy tańca cheeleaderek, muzyka na żywo. Wszystko to razem daje niesamowite połączenie. Stalpes Center gdzie odbywał się mecz znajduje się przy Downtown, które można opisać bardzo prosto. Tak jak w większości dużych miast jest tam wiele wysokich budynków i biurowców. I chociaż nigdy nie byliśmy w Nowym Jorku to mieliśmy odczucie, że znajdujemy się na planie jakiegoś filmu właśnie w tym mieście. Architektura w starym stylu ze schodami przeciwpożarowymi na zewnątrz przywoływała u nas takie właśnie skojarzenia. Przechadzając się uliczkami trafiliśmy przez przypadek w miejsce, gdzie znajdował się swojego rodzaju bazar z tanimi i często podrabianymi produktami. Także nie martwcie się, że tylko u nas takie rzeczy mają jeszcze miejsce. Niczym Stadion X lecia w centrum Los Angeles 😉

Hollywood Boulevard i słynna Aleja Gwiazd oczywiście znalazła się w planie naszego zwiedzania. I tutaj chyba nastąpiło takie nasze pierwsze rozczarowanie (pomimo tego, że wiedzieliśmy czego się poniekąd spodziewać). Okolica niczym się nie wyróżniająca, ulice jak ulice, często zaniedbane, brudne i śmierdzące, ale z jednym wyjątkiem. Wmurowanymi gwiazdami z nazwiskami znanych osób. Ponadto słynny Dolby Theater gdzie odbywa się ceremonia wręczania Oskarów. Jeżeli dodamy do tego tłumy ludzi przemierzające chodniki z głowami spuszczonymi w kierunki poszukiwań gwiazd z nazwiskami swoich ulubionych aktorów, piosenkarzy czy celebrytów to wyłania się obraz tego właśnie miejsca. Oczywiście już samo to, że jest się w Los Angeles, na Alei Gwiazd, powoduje uczucie niedowierzania, ponieważ nigdy nie przypuszczaliśmy, że się tam znajdziemy, jednak gdybyśmy musieli raz jeszcze udać się w to miejsce to tylko w jakimś konkretnym celu.

Być w LA i nie pojechać do Beverly Hills to tak naprawdę w nim nie być. Takie opinie można często usłyszeć od znajomych czy przeczytać w internecie. I poniekąd się z tym zgadzamy. Oglądaliście kiedyś serial Beverly Hills 90210? To właśnie tak jest tam naprawdę. Zadbane ulice, a wzdłuż nich rzędy palm. Drogie domy i tak samo drogie samochody na podjazdach. Ma się poczucie, że nigdy nie wiadomo kiedy w aucie obok przejeżdżać będzie jakaś „gwiazda”. Nawet komisariat policji jest wypasiony. Pisząc o tym miejscu nie można nie wspomnieć o jednej z najdroższych ulic na świecie, czyli Rodeo Drive, gdzie swoje butiki mają najwięksi i najbardziej znani projektanci, a żeby wejść do któregoś z nich niekiedy trzeba się wcześniej umawiać. Wszędzie widać przepych i nikt się z tym nawet nie kryje, ale pomimo tego, spacerując po tej dzielnicy nie ma się poczucia, że jest się tam niepożądanym gościem.

Naszym ostatnim punktem, który chcieliśmy zobaczyć był oczywiście napis Hollywood. Już na początku nie zakładaliśmy wspinaczki pod sam znak, a jedynie znalezienie dobrego spotu do zrobienia kilku pamiątkowych fotek;) I po małych poszukiwaniach trafiliśmy do miejsca przy Hollywood Lake Park, gdzie wzgórze ze znakiem widoczne jest praktycznie idealnie. Droga prowadząca do tego miejsca jest kręta i często stroma. A domy przypominają nieco te, które widzieliśmy w Wielkiej Brytanii. I choć najlepiej pokonywać byłoby ją samochodem to i bez auta jest to możliwe (co widać na naszym przykładzie;)).

Bardzo często natrafia się też na informacje, że w Los Angeles konieczne jest posiadanie samochodu. I na pewno jest to po części prawda, bo miasto jest położone na bardzo dużej powierzchni. Jednak my wyznajemy zasadę, że aby poczuć jeszcze bardziej klimat danego miejsca, poruszamy się też komunikacją miejską. W taki sposób zyskuje się zupełnie inną perspektywę na odwiedzane miejsca. Zauważa się rzeczy, których z fotela samochodu po prostu nie widać. Ten sposób przemieszczania się pozwolił nam dotrzeć w miejsca, które chcieliśmy zobaczyć i przy okazji oszczędził stresu z ciągłym poszukiwaniem miejsca parkingowego, o które często nie jest tak łatwo. Ale żeby nie było tak fajnie, to komunikacja w LA ma też swoje słabe strony. Kilka z nich to np. brak rozkładów jazdy autobusów i częste opóźnienia lub zmiany tras kursowania. Nie za dobrze jest też rozplanowany sposób przesiadek z jednego autobusu do drugiego. Często trzeba gdzieś podejść i szukać dobrego przystanku. No i oczywiście jednym z największych minusów jest czas samej podróży. Czytaliśmy, że miasto cały czas dba, aby zmieniać transport publiczny na lepsze, to do stanu, który znamy chociażby z Warszawy (tak, tak, komunikacja miejska w stolicy w porównaniu do tej z LA jest wręcz idealna;)) jeszcze daleka droga.

Przykład Venice, Downtown i ogólnie większości lokalizacji w mieście aniołów idealnie pasuje do tezy „albo pokochasz albo znienawidzisz”. Bo jeżeli mielibyśmy w kilku słowach opisać miasto Los Angeles to byłyby to: różnorodność i kontrast. Tutaj nie trzeba jechać do innej dzielnicy, żeby charakter ulic zmienił się o 180 stopni. W LA wystarczy przejść jedną ulicę dalej, żeby drogie sklepy ustąpiły miejsca namiotom, w których „zamieszkują” bezdomni. Chyba nigdzie jak do tej pory, aż tak nie było to przez nas dostrzegane. I choć ani razu nie poczuliśmy się jakoś zagrożeni to z pewnością trzeba uważać, aby nie skręcić w złą ulicę o złej porze.

Pozdro!

 

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *