Główna Lifestyle Travel

Z dziennika podróżnika – Tajlandia Dzień 7

Cześć!

Jako, że poprzedni dzień pozwolił na trochę większe naładowanie sił, postanowiliśmy wstać wcześniej. Szybko się ogarnęliśmy i ruszyliśmy na Chatuchack Market. Jest tak duszno, że czuć jak twarz i cała reszta ciała po prostu się rozpływają. Co ciekawe dla Bangkoku, słońca tak naprawdę nie ma, bo niebo praktycznie cały czas jest zachmurzone. Smog w tym wielkim mieście również robi swoje.

Zgadnijcie co zrobiliśmy jako pierwsze po przybyciu w pobliże marketu? Tak, tak. Zjedliśmy Pad Thaia:) Wchodząc na teren tego ogromnego targu ma się poczucie, że nie ma on końca i że jest na nim nieskończenie wiele stoisk, straganów i przede wszystkim niezliczona rzesza ludzi. Nie wiemy do tej pory ile potrzeba czasu, żeby na spokojnie przejść wszystko to, co się na nim znajduje. Dwa dni to minimum.

YDXJ0686 DSC_1259

DSC_1245

Pierwszymi alejkami, do których docieramy jest strefa „vintage”, czyli ogromny second-hand z amerykańskimi ciuchami z lat 90. Stare bluzy, t-shirty, jeansy, buty, jednym słowem totalny oldschool. I to, że te wszystkie rzeczy były stare nie oznaczało, że były zniszczone. Widać było, że albo w ogóle nie były zakładane lub noszone raz czy dwa. Fani takich miejsc na pewno wyłowili by trochę perełek.

DSC_1249

DSC_1244 DSC_1241

Kolejną częścią, do której trafiamy są stoiska z kosmetykami i artykułami regionalnymi. Nie to, że akurat tej strefy szukaliśmy, ale tak nas po prostu pokierowały uliczki. Udaje się nam dość szybko przez nie przebrnąć, bo nie po to tutaj przyszliśmy. I tak po kilku minutach docieramy na street food, w każdej postaci. Zupy, makarony, kanapki, drinki w torebkach, kokosy, lody i można by tak wymieniać bez końca. Każdy głodomor znalazłby coś dla siebie.

YDXJ0719 YDXJ0718 YDXJ0709 DSC_1253

Prawie zapomnieliśmy o panującej duchocie. Przypomniał nam o niej deszcz, który zaczął padać kiedy my zaaferowani byliśmy oglądaniem kolejnych stoisk. Pomyśleliśmy tylko, że może rozrzedzi on trochę powietrze, jednak nic z tego. Już w chwilę po tej małej ulewie wiatr ustaje i powietrze staje w miejscu. Dobrze, że wszędzie było można kupić coś do picia, bo tylko zimna woda pozwała nam przetrwać.

Kończąc naszą wizytę na Chatuchak Market jedyne do czego można porównać ten targ to stadion X lecia w Warszawie (pewnie nie wszyscy go pamiętają, ale teraz nie spotkamy niczego co mogłoby przypominać ogrom tego Marketu). Trochę odetchnęliśmy z ulgą odnajdując więcej pustej przestrzeni i udaliśmy się do pobliskiego parku. Zaskoczyło nas w nim to, że jest w nim zakaz wprowadzania jakichkolwiek zwierząt, ale może właśnie dlatego Park ten jest tak zadbany. Drugą rzeczą, na którą nie uda się nie zwrócić uwagi jest ogrom biegających osób. Co chwila ktoś w sportowym stroju mijał ławkę, na której chillowaliśmy. Jeżeli tylko wybierzecie się na Chatuchak (a pewnie się wybierzecie podczas pobytu w Bangkoku, bo jest to atrakcja opisana w każdym przewodniku) to po męczących zakupach udajcie się do pobliskiego parku. Na pewno się wam spodoba.

DSC_1261 DSC_1260

Słońce zachodzi, więc lecimy dalej z naszymi planami. A jest nimi Pat Pong, czyli ulica „czerwonych latarni”. Seks, alkohol i pieniądze to chyba trzy słowa, które określają to miejsce. Chyba każdy słyszał o słynnych klubach z paniami, które nie są paniami i o rzeczach, które tam oferują. Przechadzając się po okolicach z każdej strony będziecie nagabywani do wzięcia udziału w tzw. Ping Pong Show. To, że proponują takie widowiska mężczyznom to zrozumiałe, ale tam nawet kobietom oferowane są specjalne pokazy. Striptiz i taniec to najłagodniejsza rzecz jaka może tam spotkać chętnego wrażeń turystę.

Fajną rzeczą, trochę w cieniu klubów, jest mały targ pośrodku ulicy. W sumie to nie wyróżniał się on niczym od innych tego typu miejsc. Stanowił jednak ciekawy kontrast pomiędzy tak różnymi atrakcjami. Nie można zapomnieć również o wszechobecnych stoiskach z jedzeniem, do czego Bangkok nas już przyzwyczaił. Dosłownie na każdym rogu można zjeść najlepszego Pad Thaia lub napić się powalającego z nóg owocowego smoothie.

Pat Pong, jako ciekawostka jest oczywiście warta polecenia na pierwszy raz w stolicy Tajlandii. Jednak tylko jako atrakcja turystyczna i przekonanie się na własnej skórze jak wyglądają miejsca opisywane przez przewodniki czy pokazywane w telewizji. I może nie jest to taki must visit, jednak to każdy sam decyduje co jest dla niego ważne.

Tak mija kolejny dzień w wiecznie zakorkowanym mieście. Następny dzień to bardzo wczesna pobudka. Opuszczamy Bangkok i wyruszamy w dalszą część naszej wyprawy. Koh Chang, czyli Wyspa Słonia już na nas czeka.

Pozdro i do następnego!

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *