Główna Lifestyle Travel

Z dziennika podróżnika – Tajlandia Dzień 3 i 4

Cześć!

Czas na kolejne przygody z Tajlandii. Jesteście gotowi no to zaczynamy!:)

Kolejna noc była bardzo krótka, ponieważ z samego rana mieliśmy lot do Chiang Mai, miasta na północy Tajlandii. Naszym głównym celem było ZOO. I pisząc, że „noc była bardzo krótka” mamy na myśli całe dwie godziny snu. Kto normalny wstaje o 3:30 w nocy:P Na szczęście nie musieliśmy zabierać ze sobą walizek, bo nie będzie nas tylko jedną noc. Wyruszamy więc w kierunku przystanku autobusowego, z którego odjeżdżać miał autobus na lotnisko Don Mueang, czyli to, z którego odbywają się loty lokalne. Oczywiście połączenie wyszukaliśmy przy pomocy Google. Droga na przystanek prowadzi przez małe uliczki, na trasie nie spotykamy praktycznie nikogo. I tak idąc sobie spokojnie wzdłuż jakiegoś ogrodzenia, a przynajmniej myśleliśmy, że ono tam jest, wyskakuje na nas kilka małych psów, szczekają i zbliżają się do nas. I uwierzcie nam, byliśmy zestresowani jak mało kiedy. Na szczęście psy odpuszczają kiedy odchodzimy kawałek dalej. A już myśleliśmy, że się do nas dobiorą.

Docieramy na nasz przystanek, szkoda tylko, że nie odjeżdża z niego nasz autobus, nr 555. Mapa i wyszukana trasa wskazuje dokładnie miejsce, w którym stoimy, jednak ewidentnie coś jest nie tak. A najgorsze jest to, że w pobliżu nie ma żywej duszy, aby spytać o drogę i wskazanie dobrego miejsca. Nie wiemy co mamy robić, czas wylotu zbliża się niemiłosiernie a my dalej tkwimy pośrodku niczego. Nie dość, że niewyspani to jeszcze zdenerwowani i przestraszeni. Chyba nie mogło być lepiej. Decydujemy się podejść kawałek do następnego przystanku, może tam dowiemy się czegoś o naszym autobusie widmo. Niestety i tam nie widzimy numeru, którego szukamy. I co teraz?! Bierzemy Ubera, nie ma innego wyjścia. I choć na lotnisko jest dość daleko, bo niecałą godzinę drogi to tylko takie rozwiązanie nam pozostało. Lepiej wydać trochę więcej pieniędzy na dojazd na lotnisko niż w ogóle tam nie dotrzeć i nie polecieć. I wszystko było by fajnie, gdyby tylko kierowca podjechał w dobre miejsce, ale to chyba nie był nasz szczęśliwy dzień, bo na samochód czekaliśmy dobre 30 minut. Jak na godzinę 6 rano, nerwów zjedliśmy za ostatnie pół roku.

Docieramy na lotnisko. Jest spore, ładne i czyste. Szybka odprawa, trochę oczekiwania na boarding i już wchodzimy do samolotu linii Air Asia (podobno najlepsze tanie linie lotnicze na świecie). I tu mały szok, bo trafia się nam samolot nówka sztuka. W środku jeszcze pachnie nowością, skórą i plastykiem. Sam lot trwa krótko, bo ok. godziny. Po wyjściu z lotniska w Chiang Mai bierzemy busa za 80 bahtów za osobę i jedziemy do hotelu.

ydxj0276dsc_0904

HotelCozzy Inn rezerwowaliśmy przez booking.com. Zostawiamy rzeczy i ruszamy w miasto. Czas zjeść jakiegoś pad thaia. Chodzimy tak bez konkretnego celu i miasto zaskakuje nas dużą ilością mniejszych i większych świątyń. Po raz pierwszy kupujemy też świeżego kokosa do picia, który otwierany jest na naszych oczach przez Taja z maczetą. Woda kokosowa jest orzeźwiająca, ale na tą chwilę nas nie powaliła. Zdecydowanie bardziej smakował nam owocowy shake z ananasa i smoczego owocu. Po kilku kilometrowym spacerze trafiamy do małej knajpki, gdzie jemy pad thaia z kurczakiem i na deser bierzemy to sławne Mango Sticky Rice, czyli klejący ryż z mango polany mleczkiem kokosowym. Pychota!

page ydxj0304Wracamy na chwilę do hotelu, ale ta chwila trochę się przedłużyła, bo złapało nas zmęczenie i niespodziewana drzemka. Mały reset i dalej możemy zwiedzać. Jako, że tego dnia nie mieliśmy zaplanowanego nic konkretnego, postanowiliśmy po prostu wczuć się w atmosferę miasta. Nocne targi, wszędzie stragany z pamiątkami, ubraniami i jedzeniem. Nie mogliśmy sobie odmówić makaronu ryżowego w sosie sojowym z bazylią i kurczakiem. Czas mija bardzo szybko i jako, że następnego dnia idziemy do ZOO, postanawiamy wrócić do hotelu. W drodze powrotnej oczywiście nie obyło się bez zatrzymania na targu z jedzeniem. A tam sami lokalsi i może oprócz nas, kilku turystów. Takie miejscówki lubimy najbardziej. Tanio, świeżo i smacznie. W pokoju, ze zmęczenia, padamy na łóżko i tak kończy się nasz dzień.

ydxj0341 ydxj0374Nastaje kolejny dzień naszej podróży. Jesteśmy bardzo podekscytowani, bo wreszcie długo wyczekiwana wizyta w ZOO, a tam już czeka na nas Panda Wielka i Koala:) Bierzemy miejscową taxówkę i wyruszamy do celu.

dsc_0932W ZOO najbardziej zaskakuje nas to, że można karmić hipopotamy, które są na wyciągnięcie ręki. Nie to co u nas, gdzie ze względów bezpieczeństwa między zwierzęciem a ludźmi jest duża odległość. Sam ogród zoologiczny jest nieco zaniedbany i nie ma dużo zwiedzających. Niestety są też takie „atrakcje” jak zdjęcie ze słoniem, który przywiązany jest bardzo krótkim łańcuchem i stoją na małym skrawku betonu. Zdecydowanie nie polecamy i jesteśmy temu stanowczo przeciwni!

dsc_0937Za wejście do budynku z Pandą trzeba niestety dodatkowo zapłacić. Jest on klimatyzowany, tak aby zwierzak czuł się komfortowo. Kilka kroków i spełniamy swoje marzenie, podziwiamy czarno-białą Pandę z bliska:) Oczywiście szkoda, że nie jest to jej naturalne środowisko, ale zdajemy sobie sprawę, że jest to gatunek zagrożony i w taki sposób dba się również o ich bezpieczeństwo.

dsc_0995Zachwyceni Pandą idziemy dalej w poszukiwaniu kolejnych atrakcji. I tak oto na wybiegu dla słoni jeden z nich podchodzi do barierki i możemy go nawet nakarmić, podobnie jak żyrafę. Niestety Koalę mogliśmy zobaczyć jedynie przez szybę, ale i tak było warto.

dsc_1024 dsc_0999Kolejna część dnia to już relaks na mieście. Jeżeli oczywiście relaksem można nazwać przejście ponad 21 kilometrów piechotą. To chyba nasz dotychczasowy rekord:P Po wymeldowaniu się z hotelu i oczekiwaniu na samolot, postanawiamy błąkać się tak bez celu w poszukiwaniu jakiejś szamki. I tak trafiamy na targ ukryty wśród uliczek, gdzie jemy zupę z pierożkami z wieprzowiną i kukurydzianymi chipsami. Jak zawsze, jedzenie jest po prostu pyszne.

dsc_1034 page2Ostatnią rzeczą, na którą mamy czas i siły jest chill w parku. Dużo biegaczy, ludzi uprawiających jogę oraz dwie małe grupki Tajów. Jedni grają w siatko-nogę a drudzy w odmianę naszej zośki. Fajnie tak czasem zwolnić tempo i podpatrzeć jak żyją i wolny czas spędzają miejscowi. Niestety czas zbierać się na lotnisko. Godzina lotu i lądujemy w Bangkoku. Fizycznie zmęczeni, nogi odpadają, ale naszą wizytę w Chiang Mai uznajemy za bardzo udaną. Jak na razie miasto to, zrobiło na nas lepsze wrażenie niż stolica.

dsc_1077dsc_0913Po powrocie do apartamentu, co nie jest chyba zaskoczeniem, padamy. Wcześniej oczywiście dodając wszystkie nagrane snapy;)

Pozdro i do następnego!

 

 

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *