Główna Lifestyle Travel

Z dziennika podróżnika – Tajlandia Dzień 2

Cześć!

Dzisiaj kolejna część naszych większych i mniejszych przygód jakie spotkały nas w Tajlandii, ale nie bójcie się, nie każdy dzień będzie miał swój osobny wpis. Nawet my byśmy tego nie znieśli 🙂 Oczywiście, jako że był to nasz pierwszy tak daleki wyjazd to te pierwsze dni były dla nas zupełną nowością, dlatego też trochę więcej z nich opiszemy, bo i więcej chcieliśmy z nich czerpać. Mamy nadzieję, że taka forma wszystkim się spodoba. A jeżeli nie czytaliście jeszcze pierwszej części naszego „dziennika” to zapraszamy TUTAJ.

No to jedziemy dalej!

Pierwsza noc była ciężka. Różnica czasu, nowe miejsce, hałas za oknem, temperatura (która w nocy nie spadała poniżej 26 stopni C) i ogromna wilgotność. Wszystko to odcisnęło swoje piętno na jakości i długości naszego snu i chociaż byliśmy bardzo zmęczeni to nie można powiedzieć, że spaliśmy jak zabici. Pomimo tego wstaliśmy dość wcześnie, w końcu to rozpoczynał się nasz pierwszy, pełny dzień w stolicy Tajlandii. Plan był taki, aby zobaczyć świątynie Wat Pho (Śpiącego Buddy). Wujek Google podpowiedział nam, że najlepszym sposobem na dostanie się w wybrane miejsce, będzie wodny tramwaj. Brzmiało świetnie! Szaleństwo w pełnej krasie. Wąska i długa łódź pruła jak szalona, a przy tym była bardzo tania, bo za osobę zapłaciliśmy jedynie 12 bahtów (czyli jakieś 1,2 zł). Udało nam się pokonać w krótkim czasie bardzo dużą odległość, więc jeżeli tylko będziecie się zastanawiać czy skorzystać z tego środka transportu, to nie wahajcie się ani chwili. Trzeba jednak powiedzieć, że sam proces wsiadania i wysiadania z łodzi jest dość szaleńczy, bo tak naprawdę „tramwaj” nie cumuje do wyznaczonej przystani, a jedynie na chwilę zbliża się do niej i jeden z pracowników liną przytrzymuje go przy brzegu.

dsc_0826

dsc_0825

Po wyjściu z łodzi nie mija nawet chwila a zaczepia nas przyjaźnie wyglądający taj. Mile zaskoczeni słuchamy jak pyta się nas co robimy w Tajlandii, skąd jesteśmy i jakie mamy plany. Wspomina przy tym, że jest nauczycielem historii. Chcąc być równie miłym co on, opowiadamy mu jaki jest nasz cel wyprawy i że nie mamy jedynie transportu na wyspę Ko Chang. Słysząc to, historyk, proponuje że zaprowadzi nas do informacji i biura turystycznego w jednym i tam już nam wszystko powiedzą, a że było to po drodze do jego domu to jego entuzjazm wzrósł parokrotnie, że mógł pomóc turystom z Europy. Szczerze powiedziawszy naszły nas małe wątpliwości co do zaufania obcemu człowiekowi, ale że to nauczyciel, środek dnia, to chyba nas nie oszuka. Prawda?! Docieramy na miejsce, a tam „przejmuje” nas kolejny przesympatyczny miejscowy, pracownik biura. Kolejny raz opowiadamy o konkretach dotyczących naszej podróży. Miłą atmosferę rozmowy psuje nagle nasza odpowiedź na cenę przejazdu na wyspę, zaproponowaną przez niego. Tylko wspomnieliśmy, że widzieliśmy tańsze oferty, a on z sympatycznego taja zmienił się w obojętnego pracownika biurowego i krótkim stwierdzeniem „good bye” nas spławia. Byliśmy tym naprawdę zmieszani, ale cóż zrobić. Trochę czasu na nas jednak zmarnował 😉

dsc_0832

W każdym razie, nie ma co roztrząsać sprawy. Idziemy na Khao San Road, czyli mekkę backpakerów, którzy upodobali sobie tą ulicę. Za dnia niepozorna, trochę sklepików, trochę wózków z jedzeniem i tuk tuków. I to właśnie tu zjedliśmy naszego pierwszego, prawdziwego Pad Thai’a, czyli w skrócie smażony makaron ryżowy z jakiem, kiełkami, kurczakiem, dymką i orzeszkami (oczywiście co miejsce to i różna forma podania). Był świeży, świetnie doprawiony, sycący, po prostu przepyszny! Po szybkim rozeznaniu na tej słynnej ulicy, postanawiamy skierować się w stronę świątyni, która była naszym głównym celem tego dnia, a na Khao San Road wrócimy jeszcze po zmroku.

dsc_0836 15226623_10209123519498053_1507784405_n

I tu trafia się nam kolejny sympatyczny osobnik. Postanowiliśmy dać drugą szansę spotkanej na drodze osobie. Początek ten sam, czyli ogólne pytania dotyczące naszego wyjazdu i nas samych. Na nasze nieszczęście spotkany taj oznajmia nam, że dzisiaj świątynie, do których zmierzamy, są zamknięte i wszyscy się w nich modlą oraz, że przed 16 nawet nie ma sensu się tam zbliżać. Ok, jest żałoba po królu, wydaje się więc to bardzo prawdopodobne. Jednocześnie ów taj pokazuje na mapie inne, według niego, ciekawe miejsca, świątynie, które warto zobaczyć i proponuje, że za 40 bahtów (ok. 4 zł) jeden z tuk tuków zabierze nas i pokaże wszystkie wskazane przez niego miejsca. Jako, że kwota nie była duża, zdecydowaliśmy się na takie rozwiązanie. I wszystko było by fajnie, gdyby nie to, że po dwóch ciekawych zabytkach, kierowca zawiózł nas pod sklep z garniturami i poprosił, abyśmy weszli tam, rozejrzeli się z 5-10 minut, bo wtedy dostanie on kupon na paliwo. No dobra, skoro możemy mu pomóc to czemu nie. Niestety sprzedawca w sklepie już na wstępie informuje nas, że jeżeli nie chcemy kupić garnituru to musimy jechać na jakiś targ a tu nie mamy co szukać. Wychodzimy. Nasz kierowca jest poddenerwowany i zły, chyba na nas, że tak szybko poszło. Zaczyna nam tłumaczyć, że teraz nie dostanie talonu itd., podwozi nas jeszcze w jedno miejsce, którego nie znamy, a następnie w dość niemiły sposób oznajmia, że to koniec „wycieczki” i chce swoje 40 bahtów. Nawet się nie obejrzeliśmy a on już odjechał i tak skończyła się nasza przejażdżka tuk tukiem, czyli najbardziej charakterystycznym środkiem transportu w Bangkoku. Zdecydowanie bardziej wolimy już wodny tramwaj.

dsc_0834 dsc_0838 15226430_10209123520018066_838633961_n 15209051_10209123519698058_1609816620_n dsc_0844 dsc_0843 dsc_0841

Tego dnia zamierzamy już odpuścić wizytę w świątyni i kierujemy się w kierunku Chinatown. W końcu mamy niedaleko, a przynajmniej mapa tak pokazuje. Orientujemy się, że jesteśmy już blisko, kiedy wszędzie pojawiają się napisy po chińsku. Wchodzimy w jedną z wąskich uliczek, a tam znaleźć można wszystko. Od sklepów z pamiątkami po najróżniejsze smakołyki. Niestety chyba ten dzień jest naznaczony jakimś małym pechem, bo nie wiedzieć czemu część stoisk się już zamyka, zaczyna padać drobny deszcz. Rozejrzeliśmy się jeszcze trochę i kolejny raz postanowiliśmy wrócić tutaj innego dnia, ale już po zachodzie słońca.

dsc_0862 dsc_0860

ydxj0202 ydxj0201 dsc_0861 dsc_0850 ydxj0191

Może i dobrze się złożyło, że nie zabawiliśmy więcej czasu w chińskiej części miasta, bo mieliśmy trochę więcej czasu na odpoczynek, a jako że następnego dnia musimy wstać bardzo wcześnie rano (a w sumie to w środku nocy) to każda minuta ma znaczenie 🙂 Oczywiście jeszcze tylko szybka kolacja w pobliżu naszego mieszkania i można przygotować się do kolejnego dnia. Tym razem zdecydowaliśmy się na zupę z makaronem i wieprzowiną. Sam wywar podobny był do naszego rosołu, jednak dodatki różnią się już znacząco.

15226636_10209123518898038_1213651842_n

Dzień upłynął bardzo szybko i intensywnie, ale po raz kolejny mieliśmy mieszane odczucia co do samego miasta i tego co nas spotkało. Z jednej strony zupełnie inaczej wyglądająca architektura, smaczne jedzenie i ciekawe miejsca, a z drugiej kilka miłych, jak na początku się wydawało, osób, które chciały nas po prostu oszukać, Oby kolejne dni nie wyglądały podobnie!

Trzymajcie się i do następnego!

C.D.N.

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *