Główna Lifestyle Travel

Z dziennika podróżnika – Tajlandia Dzień 14-15

Cześć!

No i nastał ten dzień. Dzień wyjazdu z wyspy Koh Chang. I musimy przyznać, że przydałaby się jeszcze jedna doba takiego błogiego lenistwa, no ale cóż zrobić, plan to plan, więc musimy się zbierać. Pobudka o 6 rano, szybkie ogarnięcie, bo o 7 mamy busa, który zawiezie nas na prom. W międzyczasie znaleźliśmy jeszcze chwilę, aby zjeść małe śniadanie i wypić kawę na zimno, zakupioną dzień wcześniej w 7 eleven.

I oczywiście bez przygód obejść się nie może. W naszym hotelu recepcja otwierana była o 7, jednak traf chciał, że akurat tego dnia po wybiciu tej godziny, nikt się nie zjawiał, a potrzebny był nam pracownik hotelu w celu wymeldowania się i odzyskania depozytu 500 bahtów. Bus już na nas czeka, a czekać w nieskończoność nie będzie, bo prom z wyspy odpływa jedynie o wyznaczonych godzinach nie patrząc na to czy wszyscy dotarli na miejsce o konkretnej porze. Trochę zdenerwowani w końcu doczekujemy się recepcjonistki, która jak na złość, postanowiła spóźnić się kilkanaście minut. Szybka akcja z wymeldowaniem i już siedzimy w busie mknąc po krętych drogach Koh Chang.

Dojeżdżając do przystani i spoglądając na nasz prom sami już nie wiemy czy jego stan techniczny nie jest jeszcze gorszy od tego, którym na wyspę przypłynęliśmy. Ale po szybkiej analizie stwierdzamy, że gorzej niż poprzednio już chyba być nie mogło 😉 Po 40 minutach dopływamy do stałego lądu i tym razem już nie musimy się przesiadać i ten sam bus, który odebrał nas z hotelu jest naszym docelowym środkiem transportu, który zawiezie nas do Bangkoku. Podróż ma zająć jakieś 4-5 godzin. W połowie drogi oczywiście zatrzymujemy się w tym samym miejscu co poprzednio. Głównie po to, aby kierowca mógł coś zjeść, co oczywiście nie przeszkadza wszystkim pasażerom zaopatrzyć się w napoje i przekąski. Po jakichś 5 km od postoju kierowca otrzymuje telefon, że jeden z podróżnych został i musimy po niego wrócić, a co najlepsze osoba ta siedziała na fotelu tuż obok niego. Niewyobrażalne! No ale cóż, Tajlandia zaskoczyć może różnymi rzeczami. Nawracamy, zabieramy zgubę i ruszamy dalej, choć straciliśmy przez to dobre 40 minut.

Po dotarciu na lotnisko w Bangkoku zostaje nam wzięcie kolejki do miasta i zamówienie Ubera, który zawiezie nas do hotelu. Tym razem wybraliśmy hotel, który znajdował się dość blisko kolejki łączącej centrum miasta z lotniskiem, bo to nasza ostatnia doba w Bangkoku i nie chcieliśmy potem przedzierać się przez zakorkowane ulice. Jak się potem okazało lokalizacja naszego lokum nie była tak dobra, jak początkowo się wydawało, ale o tym później.

Citrus Sukhumvit Hotel zarezerwowaliśmy przez Booking.com na długo przed przylotem do Tajlandii, zresztą jak wszystkie miejsca, w których spaliśmy. Wtedy, jeszcze nie wiedzieliśmy, że jest on położony w swojego rodzaju dzielnicy arabskiej, a świadczyły o tym wszechobecne arabskie restauracje i klimat nie przypominający miejsc, które wcześniej mieliśmy okazję widzieć w Bangkoku. Po krótkim rozeznaniu się w naszej okolicy przyszła pora na jedzenie i jak to zwykle bywa, kiedy jesteśmy głodni, padło na Pad Thaia, który znowu smakował inaczej niż dotychczas. I to jest właśnie bardzo fajnie, że niby to samo danie, a w każdym miejscu daje inne odczucia smakowe.

16900238_10209921479366551_1716048714_n 16833240_1541792519168931_825041716_oJako, że to nasza ostatnia noc w Tajlandii postanowiliśmy wybrać się w nasze ulubione miejsce, czyli Ratchada Train Market. Nie spędzamy tam dużo czasu, jako że następny dzień również zapowiada się na bardzo długi. Postanawiamy wrócić do hotelu. Łóżko w pokoju było mega wygodne i ciężko było się rano dobudzić. Całe szczęście, że zarezerwowaliśmy pokój ze śniadaniem, bo w restauracji czekało na nas śniadanie w formie bardzo zróżnicowanego bufetu. Potem nadszedł czas na wizytę, już drugą, w centrum handlowym MBK. Mieszkaliśmy niedaleko, więc całą trasę pokonujemy pieszo. Przed samymi zakupami decydujemy się na jedzenie w miejscu przypominającym nasze jadłodajnie, gdzie kilka różnych knajpek posiada wspólne pomieszczenie i stoliki. Okazało się to dobrym pomysłem, bo danie które wzięliśmy było bardzo smaczne.

16900428_10209921480086569_1484332170_n 16809633_10209921480526580_967385235_n (1) 16900240_10209921479806562_125240525_nTeraz przyszedł czas na MBK. Przechadzając się pomiędzy alejkami ni stąd ni zowąd minęło nam 3 godziny. Naprawdę trzeba uważać na to miejsce, bo to istny pochłaniacz czasu. Zrobiliśmy ostatnie zakupy, jakieś pamiątki i prezenty dla siebie i najbliższych. Podczas drogi powrotnej do hotelu zahaczamy jeszcze o kawiarnię Hello Kitty i choć nie jesteśmy fanami tej postaci to samo miejsce robi wrażenie.

Ostatnim punktem naszego całego wyjazdu było dobre, uliczne jedzenie. O to akurat w Bangkoku nie trudno, ale tym razem trafiamy do naprawdę świetnego miejsca. Jest to jakiś stary magazyn, a raczej jest to tylko jego dach, pod którym rozstawionych jest kilkadziesiąt stolików, każdy inny. Zamawiamy ostatniego Pad Thaia i kurczaka z orzechami nerkowca. Miejsce to miało jednak jeden duży minus. Przez to zadaszenie było tam strasznie duszno i nawet wiatraki porozstawiane po całej „restauracji” nie pomagały. Wszyscy po prostu płynęli, choć był to już wieczór.

16900426_10209921479286549_1101795123_n 16809799_10209921478446528_1744903434_n (1)Zabieramy nasze bagaże z hotelu i idziemy na kolejkę. Na początku chcieliśmy wziąć Ubera lub taksówkę, jednak ceny były o kilka razy wyższe, a wszystko przez wieczorny szczyt oraz nie chcieliśmy stanąć gdzieś w gigantycznym korku. Wybór był więc jeden. Idziemy pieszo. Mapa google pokazuje, że jest to ok. 1 km drogi, więc to nie było problemem. To brak chodnika lub jakaś jego namiastka stanowiła największą przeszkodę. I tak pokonując kolejne metry i ogromne skrzyżowania bez świateł dla pieszych czy żadnej kładki, napotykamy taksówkarza, który oferuje nam podejrzanie niską cenę za podwózkę na lotnisko (100 bahtów za dwie osoby). Kolejny raz mając na uwadze korki i cwaniactwo miejscowych (kierowca wmawiał nam, że kolejka teraz nie działa!), odmawiamy i idziemy dalej. Nie damy się nabrać na te tanie sztuczki.

Ostatnie kilkaset metrów były najgorsze. Opustoszała ulica wzdłuż torów, a na dodatek bez jakiegokolwiek oświetlenia. Jakby tego było mało nagle z pod jakiegoś budynku wyszedł bezpański pies i tak szedł coraz szybciej w naszym kierunku. My z wielkimi walizkami uciekając przed warczącym psem, to musiało wyglądać śmiesznie, ale tylko z boku, bo dla nas było mega stresujące. Nie dość, że spoceni od dusznego klimatu to jeszcze sytuacja i emocje podniosła nam temperaturę. Na całe szczęście pies po kilku metrach odpuścił, a my byliśmy u progu wejścia na stację kolejki.

Teraz tylko zostało się nam odprawić i czekać na samolot. Wystartowaliśmy przed 1 w nocy, małe śniadanie w samolocie, trochę snu i wylądowaliśmy w Dubaju. Tym razem mieliśmy jedynie ok. godziny postoju. Niestety nasza dwutygodniowa wyprawa naprawdę dobiega końca, w co trochę nie możemy uwierzyć.

16831236_10209921478966541_771416966_n 16880423_1541792515835598_1320437585_o 16899959_10209921641730610_1349537040_nPo wylądowaniu w Warszawie doznajemy szoku termicznego, bo wyobrażacie sobie chyba jak organizm reaguje na różnicę w temperaturze sięgającą 30 stopni. 32 stopnie w Bangkoku, 0 stopni w Warszawie. MA-SA-KRA. Chcemy wracać natychmiast do tego ciepłego kraju.

I tak właśnie kończy się nasza podróż do dalekiej Azji, gdzie odwiedziliśmy Bangkok, Chiang Mai i wyspę Koh Chang. Na pewno zapamiętamy ten wyjazd, tak samo mamy nadzieję, że miło spędziliście czas czytając nasze opowieści i przygody. Teraz pora na planowanie kolejnych wyjazdów o czym na pewno będziemy informować.

Trzymajcie się!

16832752_1541792615835588_686770722_o

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *