Główna Lifestyle Travel

Z dziennika podróżnika – Tajlandia Dzień 11-13

Cześć!

Będąc na wyspie nareszcie możemy poczuć się jak na prawdziwych wakacjach w tropikach. Słońce grzeje od rana, plaża blisko, czego chcieć więcej. A nasz kolejny dzień rozpoczynamy szybkim śniadaniem i kawą z 7 eleven. Starbucks to, to nie jest, ale za tak niską cenę daje radę 🙂 W planach na dzisiaj mieliśmy wycieczkę nad wodospad Klong Plu, który znajdował się blisko naszego hotelu. Wsiadamy na skuter i po 20 minutach jesteśmy na miejscu. Na jakimś małym parkingu zostawiamy nasz pojazd i ruszamy w drogę, ale nie tak szybko, bo parking okazuje się płatny. Jakaś starsza pani informuje nas o tym i pobiera 10 bathów. Jakoś miejscowi muszą sobie dorobić, to zrozumiałe. I tu kolejna niespodzianka, bo chcąc wejść na teren parku, gdzie znajduje się wodospad, należy zapłacić już nie 10 a 200 bahtów od osoby. Trochę sporo, zważywszy, że poprzedniego dnia, Marek (z Hollycow Travel) uprzedzał nas, że wodospady na wyspie nie są warte swojej ceny, bo po pierwsze są małe, a po drugie nawet nie można się pod nimi wykąpać. Rezygnujemy z tej atrakcji, ale jak widzimy nie jesteśmy sami, bo kilku turystów również nie zamierza płacić za tak wątpliwą przyjemność. Podchodzimy jedynie nad brzeg rzeczki, która płynie w pobliżu, a że woda była bardzo czysta widać było pełno ryb i to całkiem sporych. Najlepiej i tak miał jeden z miejscowych, który drzemał sobie na hamaku wśród drzew. My byśmy się nie odważyli na taką formę wypoczynku w takim miejscu, bo z każdej strony atakowały nas mrówki.

DSC_0105 DSC_0095 DSC_0101 DSC_0110

Będąc nieco rozczarowanymi, postanawiamy udać się do innego wodospadu, Nang Yam, położonego nieco dalej i w głębi wyspy. Droga jest kręta i nie widać żadnego drogowskazu, co przez chwilę nas zastanawia czy na pewno obraliśmy dobry kierunek. Jedziemy i jedziemy, mijamy jakieś pojedyncze domki, które co raz rzadziej się pojawiają, aż w końcu wjeżdżamy w dość gęsty las z małą dróżką. Na szczęście pojawia się się znak, że wodospad już blisko. Przejechanie przez las i wyboistą drogę na skuterze nie należy do łatwych, jednak udaje się nam. Zostawiamy skuter i już pieszo idziemy w stronę wodospadu. W międzyczasie musieliśmy przejść przez płytką rzekę, trzymając się specjalnie do tego przystosowanej liny. Byliśmy tu tylko my i jakaś jedna para, a tak cicho i głucho. Na miejscu wita nas jakiś Pan i oznajmia, że za wstęp należy zapłacić 50 bahtów. Pytamy się więc jak duży jest ten wodospad. Okazuje się, że jest nieduży, a do tego niski poziom wód w ostatnim czasie spowodował, że stracił na swojej sile. Odpuściliśmy oczywiście, bo nie jest warte przedzieranie się przez dżunglę, żeby zobaczyć mały strumyk.

DSC_0116 DSC_0119 YDXJ0890

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy, chyba zamkniętej, osobliwej świątyni, której wejścia strzegły posągi słoni. Przypominała bardziej świątynie jakie można zobaczyć w Kambodży. Skojarzyła się nam również z filmami i grami Tomb Raider. Ciekawe, że położona w środku wyspy budowla jest praktycznie opuszczona i nie widać, aby odwiedzało ją dużo turystów.

DSC_0122 DSC_0138

Kolejnym punktem naszej wycieczki była już tradycyjna świątynia buddyjska. Zaciekawiła nas tym, że na terenach w okół niej zaczęły powoli rozkładać się stragany. Postanowiliśmy, że wrócimy tu wieczorem i sprawdzimy z jakiej okazji ten mały targ. W pobliżu świątyni znajdowały się też liczne miejsca z jedzeniem, a jako że zrobiliśmy się głodni było to dla nas wybawieniem. Niestety, chyba po raz pierwszy, nasza szama okazuje się jakaś dziwna i nie do końca nam smakuje. No cóż, bywa i tak.

DSC_0145 DSC_0141

YDXJ0920

W drodze powrotnej do hotelu trafiamy jeszcze na stadninę słoni i porę ich karmienia. Miło było zobaczyć jak te duże zwierzęta cieszą się z tego momentu, który możliwe, że jest jednym z milszych podczas ich trudnego życia w niewoli i usługiwania niczego nieświadomym turystom.

Dalsza część dnia to już chill na plaży i podziwianie zachodu słońca, które codziennie sprawiały, że cieszyliśmy się z wyboru akurat tej wyspy. A kiedy nastała ciemność wsiedliśmy na skuter i wróciliśmy do świątyni i targu, o którym wcześniej wspominaliśmy. Przypominało to trochę odpusty, które spotkać można i u nas. Kupić można było wiele smakołyków, tradycyjnych tajskich przekąsek, ciuchów i różnego rodzajów duperelek. Postawiliśmy na gofra, albo coś bardzo podobnego, kurczaczki na patyku i śmigamy dalej. Trafiliśmy do sklepu z lokalnymi produktami, i aby do niego wejść należało zdjąć buty. Dziwne uczucie tak chodzić w skarpetkach po alejkach. Ciekawe jak by to wyglądało u nas 😉
DSC_0212 DSC_0192 YDXJ0948 YDXJ0947 YDXJ0946

Zmęczeni całym dniem na skuterze, gdzie słońce prażyło non stop, szybko zasypiamy. Tym razem żadne odgłosy z dżungli nam nie przeszkadzały. Chyba zaaklimatyzowaliśmy się na dobre.

Dzień XII i XIII

Nadchodzą ostatnie dwa dni na Koh Chang. I co tu dużo mówić. Postawiliśmy na błogie lenistwo. Kiedy jak nie teraz mieliśmy odpoczywać, zwłaszcza, że już niedługo kończy się nasz pobyt w Tajlandii. Plaża, dobre jedzenie, owoce, shake’i, mrożona kawa, hotelowy basen i tak na zmianę. Żyć nie umierać.

DSC_0402

Jeżeli jeszcze nie byliście w Tajlandii lub byliście, ale chcecie odwiedzić jakieś inne miejsce niż wcześniej to zdecydowanie musicie rozważyć przyjazd na Koh Chang. Nie jest przeludniona turystami (jeszcze, choć i to się pewnie zmieni w najbliższym czasie). Można na niej zarówno pozwiedzać jak i oddać się totalnemu relaksowi. Fani trekkingu, kajaków czy rejsów statkami na pobliskie wyspy znajdą coś dla siebie.

Wieczorem szybkie pakowanie, czyli coś czego bardzo nie lubimy robić i zastaje nas ostatnia noc na rajskiej wyspie.

Pozdro!

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *